Wpłać 23 zł na działalność FDK

Wywiad z Tadeuszem Bosmanem Krzyżanowskim

Tadeusz Bosman Krzyżanowski, fot. Andrzej Grzymała-Kazłowski

Z Tadeuszem Bosmanem Krzyżanowskim spotykamy się w warszawskiej restauracji z bliskowschodnim jedzeniem, raczej mięsnym niż wegetariańskim. Z Bosmanem i Jego rodziną znamy się od wielu lat, nie będziemy zatem udawać, że jesteśmy per Panie Bosmanie.

Skąd Twój ród, Bosmanie?

– Ze strony ojca jesteśmy Łomźiniaki Polska Roma. Prababka pochodziła z okolic Łomży, nie wiemy już dokładnie skąd, ale jedno z tamtejszych miasteczek, może duża wieś, to było ich stałe miejsce taborowego zimowania. Siostra ojca tam pojechała po latach i miejscowi pamiętali prababcię. Stare dzieje, przedwojenne. Potem Niemcy zabili większość mojej rodziny. Prababcia z braćmi, szczęśliwie dla nich, byli poza wsią, na jakimś handlu czy poszukiwaniu żywności. Kiedy wrócili, wszyscy, którzy zostali, już nie żyli.

Po wojnie, tak jak większość Łomźiniaków, wędrowali taborami po Pomorzu, Kujawach, północnym Mazowszu i kiedy w połowie lat 60. (XX wieku) przyszło przymusowe osiedlenie, mój pradziadek Tońko Wajs (brat Dyźka Wajsa – męża Papuszy) i wiele innych spokrewnionych rodzin osiedliło się w Bydgoszczy – w Łęgnowie. Tam od zawsze stawali taborami przy doskonałym źródle i tam już zostali, zbudowali dom. Z kolei babcia ze strony mamy to Pawłowscy z Żywca, a jej mąż, mój dziadek pochodził z Sanockich Romów – Galicjaków.

W Łęgnowie żyli wszyscy razem, pradziadkowie i rodziny ich dzieci, obok siebie, w barakach i małych domkach, które sami sobie pobudowali. Prowadzili gospodarkę. Były konie, krowy, świnie – dla siebie i na sprzedaż – musieli z czegoś żyć. No i tam też wszystkie dzieci poszły do szkoły, ja byłem już trzecim pokoleniem w łęgnowskiej szkole.

– Jak wspominasz ten czas, czym szkoła była dla Ciebie i Twoich rodziców?

– Nauczyciele mieli wprawę w „pracy wychowawczej”. Znali i wprawiali się wcześniej na ojcach, wujkach, ciotkach, kuzynach, to i nam lekko nie było. Jak dzisiaj na to patrzę, mając już doświadczenie współczesnej szkoły i naszej pracy – asystentów romskich, to po prostu był rasizm, dyskryminacja, nieomal znęcanie się. Żadnych szans nikt nam nie dawał. „Z tych Cyganów, to nic nie będzie”, „jaki ojciec, taki syn”, dwóje się sypały za byle co, bicie linijką po łapach. Nikogo nie obchodziło, czy ja się czegoś nauczę, czy nie. Czy zdam do następnej klasy, czy nie. No to nie zdawałem, łobuzowałem i szybko chęć do nauki mi odeszła. Ale dla sprawiedliwości – polonistka i geograficzka były uczciwe i dobre, dobrze je wspominam.

Również praca w domu, w gospodarstwie nie bardzo pomagała w nauce. Coraz mniej mnie ta szkoła widziała. Były ważniejsze sprawy – zwierzęta trzeba oporządzić, sianokosy zrobić – to i mnie w szkole już nie było. Zaległości, niezdane klasówki, zeszyty nieprowadzone. Zaczęło robić się naprawdę nieprzyjemnie – brat był w tej samej sytuacji. Próbowano nas upokarzać, karać, skarżono rodzicom. Oczywiście nie tylko nie było poprawy, ale jeszcze bardziej byliśmy zacięci, żeby się tej szkole nie dać i trzy kolejne lata spędziłem w czwartej klasie. Nie tylko nie dać szkole, ale i kolegom – tym starszym, dla których dzieciak cygański, to zawsze jest wdzięczny cel żartów. Z nami niełatwo było im pożartować, pięści trzeba było mieć twarde. W ogóle relacje z dziećmi nie-romskimi były albo wątłe, albo złe – byliśmy jednak odrębni i wyłączeni z serdecznego koleżeństwa.

W końcu mnie i bratu zrobili testy badające nasz poziom wiedzy i zdolności intelektualne. I po złości i dla żartu wypełniliśmy je celowo najgorzej jak się da – poza tym, że edukacyjnie, to naprawdę byliśmy bardzo opóźnieni. Nie mogło się to dobrze dla nas skończyć. Ojciec się naprawdę zezłościł i postawił nam z bratem ultimatum – będziecie się uczyć? Nie. No to pójdziecie do zakładu wychowawczego. No to pójdziemy!

Miałem czternaście lat i byłem już traktowany prawie jak dorosły, odpowiadałem za słowo. I wiesz jak to jest u Romów – powiedziałeś – to masz. I pewnego pięknego dnia ojciec odstawił nas do zakładu w Mogilnie, sto kilometrów od Bydgoszczy.

Pierwsze miesiące były jak w kryminale. Reżim, dyscyplina nieomal więzienna. Spędziłem tam dwa lata, brat rok. Z jednej strony katastrofa, koszmar. Ale tam nie tylko dojrzałem, dorosłem, ale też się wydźwignąłem z kłopotów, wróciłem na prostą. To było najlepsze co mogło mi się wtedy przydarzyć. Nie, że dyscyplina mi pomogła, ale poznałem porządnych ludzi, którzy się mną naprawdę zaopiekowali – wychowawcy i nauczyciele, którzy mnie, łobuzowi i nieukowi, nie tylko nie odpuścili, myśląc że nic ze mnie już nie będzie, ale wymagali, cisnęli i pomagali! Trafiłem naprawdę na dobrych ludzi.

A rówieśnicy, koledzy?

– Również jakiś bliskich relacji nie było, ale też dlatego, że wielu z uczniów było dzieciakami z różnymi upośledzeniami. To było innego rodzaju doświadczenie, bardzo ważne dla mnie dzisiaj, kiedy sam pracuję w szkole, z dziećmi i widzę, jakie mają braki, czego potrzebują, jak rozpoznać, w czym są dobre, jak do nich trafić, co ich motywuje – szkoła życia ten Zakład.

Jak skończyła się ta historia?

– Wziąłem się do roboty. Skończyłem czwartą klasę, w następnym roku zrobiłem piątą i szóstą i na początku siódmej zapowiedziałem nauczycielom, że będę się żegnał ze szkołą, że już tam nie wrócę – myśleli, że żartuję. Sam, nie wtajemniczając nikogo, z kuratorką załatwiłem przeniesienie w trakcie roku szkolnego do szkoły w Bydgoszczy. Chciałem trafić do szkoły z internatem, ale tam nie było możliwości ukończenia siódmej klasy. I tak trafiłem do szkoły na Fordońskiej – znów szczęśliwej i znów ze wspaniałymi nauczycielami, mądrym dyrektorem. Na koniec ósmej klasy, żegnając się, wszyscy płakaliśmy. Ale zanim ją skończyłem, to już pracowałem. Wujek Góral miał dobrze prosperujący zakład usługowy – cynowanie urządzeń spożywczych. Przez rok mieszkałem i pracowałem z wujkiem, nie porzucając szkoły. Stara romska profesja – dobrze zarabialiśmy – piekarnie, zakłady mięsne, cukiernie – bieliliśmy cyną kotły, naczynia spożywcze, haki w sklepach i zakładach mięsnych itp. Jednocześnie chodziłem do szkoły, wszystkie nieobecności usprawiedliwiałem, zaległości nadrabiałem, naprawdę chciałem skończyć tę szkołę. To była szkoła specjalna z dobrze wykształconymi pedagogami i nauczycielami. I oni już wtedy, na początku lat 80., byli dobrze przygotowani do pracy z dzieciakami z różnymi problemami, z różnymi historiami, nieraz bardzo trudnymi. I z uczniem romskim – wiedzieli, że trzeba pracować trochę inaczej, choć byłem tam pierwszy i jedyny. Świetna szkoła, wspaniali nauczyciele. Z niektórymi mam kontakt do dziś.

Skończyłeś szkołę podstawową i co dalej?

– I zapisałem się do zawodówki, najpierw na stolarza, ale potem przeniosłem się na ogrodnictwo. Wiele tego ogrodnictwa nie postudiowałem, bo przyszedł wujek z Leszna, brat matki, i powiedział: rzuć tę szkołę, chodź się weźmiemy się za handel. No i się wzięliśmy – antyki, odzyskiwaliśmy złoto z pozłacanych zegarków – świetnie nam szło. Miałem 16, 17 lat i prowadziłem już dorosłe życie. Poznałem Marlenę i ożeniłem się. Z Polką. Rodzina była trochę rozczarowana, a po 30 latach wspólnego uczciwego życia mamy szacunek. W lata 90. wchodziliśmy już jako rodzina i razem handlowaliśmy. Żyliśmy bardzo dobrze, ale to życie w drodze – ciągłe wyjazdy, kempingi, ale i coraz częściej niechęć, złość ludzi, oskarżenia o kradzieże, sam wiesz, jak bliźni potrafią nam dołożyć. Tego złego trochę było już dla nas za dużo.

Stąd pomysł na Stowarzyszenie, działalność społeczną?

– To się zbiegło w czasie. Brat mieszkał w Kłodzku i dowiedzieliśmy się, że tam działa jakieś stowarzyszenie romskie i pomagają ludziom w remontach, wyprawkach szkolnych i tym podobne. Piąte przez dziesiąte, ktoś coś mówił, nie całkiem wiedział. Ale dostaliśmy kontakt do Pełnomocniczki Wojewody Dolnośląskiego do Spraw Mniejszości Narodowych, Małgorzaty Milewskiej, a ona wysłała nam wzór dokumentów potrzebnych do rejestracji stowarzyszenia i informacje o programie rządowym na rzecz społeczności romskiej. To był 2005 r. Objechaliśmy bydgoską starszyznę, żeby wszystko opowiedzieć, wytłumaczyć, uzyskać ich zgodę i założyliśmy stowarzyszenie w Bydgoszczy. Pierwszym prezesem został Bogdan Zieliński – jeden ze starszych Romów, ja wtedy jeszcze byłem za młody.

I po co Ci było to Stowarzyszenie?

– Wierzyłem, że można pomóc środowisku, tak jak gdzie indziej, gdzie już działał program rządowy. Miałem pieniądze z handlu i wydawało mi się, że to nie będzie dla mnie wielki kłopot. Wtedy jeszcze myślałem bardzo naiwnie. Zaczęliśmy od małego projektu na zakup podręczników i pomocy szkolnych dla uczniów romskich – książki, zeszyty, plecaki, piórniki, kredki. Musieliśmy potem w każdej rodzinie się pojawić i zebrać pokwitowanie, że te pomoce do nich dotarły. W następnym roku, dzieci same do nas dzwoniły, przychodziły, pytały, czy będą zeszyty, kredki. No i już nie można się wycofać i powiedzieć im, że nie – nie będzie. Już cię mają!

Ile było tych dzieci?

– W Bydgoszczy cała gromada, ale w szkołach 20, góra 30 uczniów – mniej niż połowa – reszta w domach, z rodzicami na wyjazdach handlowych, ale nie w szkole. Miasto też nie bardzo było wtedy zainteresowane tą niemałą grupą dzieci, które mimo że gdzieś tam w dokumentach były ujęte do realizacji obowiązku szkolnego, to szkoła ich na oczy nigdy nie widziała i nie tęskniła za nimi szczególnie.

Co można, co powinno się w takiej sytuacji robić?

– Nie miałem pojęcia, skąd miałem to wiedzieć? Ale wtedy trafiłem do Warszawy na szkolenie z przygotowywania i realizacji projektów dla społeczności romskiej i tam między innymi pierwszy raz usłyszałem o asystentach edukacji romskiej. Na tyle mnie to zaintrygowało, że poczułem, a za chwilę już wiedziałem na pewno, że to jest to czego w Bydgoszczy potrzebujemy. Dwa lata potem, po szkoleniach, wdrażaniu się w temat, problematykę, byłem już asystentem. A za następnych kilka lat było nas troje. Ale zanim to nastąpiło, kluczowe było uruchomienie zwiększonej subwencji oświatowej dla szkół organizujących dodatkowe zadanie edukacyjne dla uczniów romskich. Mechanizm, który jeśli dobrze funkcjonuje (nie we wszystkich miastach jest to takie oczywiste), pozwala naprawdę solidnie wesprzeć te niezbędne dla dzieci romskich działania, dostarczyć im różnorodną pomoc. Pozwala też zatrudnić na stałych umowach asystentów romskich. W Bydgoszczy udało się nam, razem z dyrektorami szkół, nauczycielami i Wydziałem Edukacji Urzędu Miasta, ustawić ten mechanizm prawie modelowo.

A na co dzień, na czym ta praca polega?

– Trochę robimy za takiego adwokata do zadań specjalnych – mediatora, łącznika, ratownika, rozjemcę, strażaka. Musimy widzieć, pilnować wszystkiego, co może się zapalić na styku romskiego domu, rodziców, dzieci, innych uczniów (też nie-romskich), nauczycieli, pedagogów, w końcu administracji urzędu miejskiego. Zawsze jesteśmy po stronie ucznia romskiego, to jest podstawa, to dla niego jesteśmy w szkole. A to czasami znaczy, że musimy wyjaśnić jemu i jego rodzicom, że racja jest po stronie szkoły. Że to, co bywa uznane za krzywdę, czy niechęć do tego ucznia, jest po prostu niezbędnym wymogiem, koniecznością taką samą dla wszystkich uczniów. Z drugiej strony nauczyciele, pedagodzy też od nas dowiadują się o powodach niektórych kłopotów, dzięki nam mogą zrozumieć niektóre sytuacje czy zachowania związane z tradycją i rodzinnymi obowiązkami.

Minęło już prawie 20 lat waszej obecności w bydgoskich szkołach, widzisz jakąś zmianę?

– Przede wszystkim frekwencja. Mieliśmy w szkołach niespełna 40% dzieci, teraz jest 95%. Szkoła stała się dla uczniów i ich rodziców czymś zwyczajnym, już niegroźnym, a czasem nawet pomocnym. Ci rodzice, którzy wciąż wyjeżdżają na handel, bez większych obaw zostawiają dzieci pod opieką szkoły i asystentów. W wyjątkowych przypadkach wynikających z tradycji i konieczności organizacji opieki nad dorastającymi córkami, również zdarzało się, że to asystentki stanowiły tę bezpośrednią opiekę, gwarantując im bezpieczeństwo. To wszystko pracuje na zaufanie i frekwencyjny sukces.

W tym momencie naszej rozmowy od sąsiedniego stolika podniósł się młody mężczyzna, który przeprosił, że przeszkadza, ale od dłuższego czasu przysłuchuje się naszej rozmowie i chciał podziękować Bosmanowi za jego pracę i pogratulować tej zmiany w szkole, o jakiej opowiada. Sam pochodzi z Lipna i w pierwszej klasie szkoły podstawowej siedział w ławce ze starszym o blisko 10 lat uczniem – Romem. Mimo tej różnicy wieku byli dobrymi kolegami i do dziś mają serdeczny kontakt.

– Jak widać twoja historia szkolna nie była czymś zupełnie wyjątkowym.

– Niestety, mam wrażenie, że to był standard dla mojego pokolenia i tych wcześniejszych.

Wróćmy do współczesnej szkoły. Co dzisiaj jest największym problemem?

– Coraz więcej mamy pracy z uczniami z orzeczeniami o kształceniu specjalnym, indywidualnym tokiem nauczania, te mniej oczywiste przypadki, których jest więcej niż jeszcze dziesięć, pięć lat temu, a wymagają przypilnowania procedur, terminów, badań. Mimo że mamy prawie wszystkie bydgoskie dzieci w nauczaniu, to frekwencja ich obecności wciąż jest niższa niż przeciętna. Wyjazdy handlowe, śluby, pogrzeby, chorująca rodzina – obowiązek obecności, bycia z rodziną w takich sytuacjach, oznacza opuszczenie czasami kilku, kilkunastu dni. Mimo że średnia wyników nauczania, nie odbiega od średniej innych uczniów w szkołach, to jednak te zniknięcia, nieobecności na pewno nie pomagają w nauce. Organizujemy jednak dużą liczbę dodatkowego nauczania, co w dużym stopniu niweluje te różnice.

A jak wygląda rekrutacja do szkół średnich? Czy zwiększa się liczba uczniów romskich w takich szkołach, a potem na studiach?

– Zwiększa się ta liczba, oczywiście. Musi się tak być. Większość młodzieży i rodziców zdaje sobie sprawę, że podstawówka już nie wystarcza. Że kończy się handel i te profesje, które pozwalały nam na pełną niezależność od nie-romskiego systemu. Romowie coraz częściej szukają pracy w zawodach, które wymagają szkół. Więc mamy uczniów w szkołach zawodowych, technikach, również w liceach. Na studiach też już są Romowie. Jednak widać, że łatwiej jest dzieciom z rodzin mieszanych, gdzie to doświadczenie nauki było w rodzinach już wcześniej. Są uczniowie bardzo zdolni, też sportowo, Mieliśmy kilku takich młodych sportsmenów już w obiegu krajowym, ale wczesne małżeństwa, obowiązki rodzinne, nie pomagają im rozwinąć kariery.

Jak widzisz swoją przyszłość w tym zawodzie? Masz następców?

– Asystenci wciąż są i będą jeszcze potrzebni. W Bydgoszczy, ale przede wszystkim w tych miejscach, gdzie czasami w jednej szkole jest duża grupa, kilkadziesiąt dzieci romskich, a asystent jeden czy góra dwóch. Tam są poważne problemy! Wszędzie jeszcze przez długi czas dzieci romskie będą miały pod górkę do szkoły – my musimy stać za ich plecami, muszą wiedzieć, że mogą na nas liczyć. Następców na razie nie widzę. Wiem, że podobną obawę wyrażają inni asystenci. To jest ciężka praca, niekoniecznie dobrze płatna, wymagająca nieustającego narażanie się na kłopoty czy to w szkole, czy w domach romskich. No, pozazdrościć (śmiech).

To opowiedz jeszcze o koniach.

– To było marzenie, od lat. Konie to zawsze było romskie wariactwo. Konie się miało, kupowało, sprzedawało, rozmawiało się o koniach. Ja też przy koniach się wychowałem i to marzenie, żeby je mieć, udało mi się zrealizować. Pomogły w tym specjalne programy – mam konie sokólskie, to rasa polskich koni zimnokrwistych, której hodowla jest wspierana przez państwo. Dziś mam trzy klaczki i trzy źrebaki, a przedtem mieliśmy też ogiery. Docelowo, żeby ta hodowla spinała się też finansowo, powinno być co najmniej 10 klaczy. Ale nie mamy na razie warunków, odpowiednio dużej działki, pastwisk – trudna sprawa, szczególnie w ostatnich dwóch, trzech latach, kiedy wszystko strasznie podrożało, od opieki weterynaryjnej po siano. Więc hodowlę będziemy musieli jeszcze ograniczyć i być może zacząć też oferować innego rodzaju usługi – rekreację, hipoterapię czy przejażdżki wozem taborowym. Zobaczymy!

Rozmawiał: Andrzej Grzymała-Kazłowski