Wpłać 23 zł na działalność FDK

Wywiad z Bogumiłą Delimatą

Fot. prywatne archiwum artystki

Z Bogumiłą Delimatą, La Bogushą, rozmawia Justyna Żarczyńska

Bogumiła Delimata, urodzona we Wrocławiu artystka działająca w wielu obszarach sztuki, podróżuje po całym świecie, dzieląc się tym, co tworzy. Mieszka w Grenadzie. Choć nie udało się nam spotkać, wideokonferencja umożliwiła przeprowadzenie wyjątkowej rozmowy o rzeczach najistotniejszych: o sztuce i życiu, bo jak wielokrotnie wspomniała La Bogusha, to właśnie sztuka życia jest najważniejsza.


Malarstwo, śpiew, taniec, sztuki performatywne – wykorzystujesz swoje talenty w wielu dziedzinach. Kluczowy jest jeszcze jeden talent związany z kreowaniem, czyli kreowanie swojego życia i drogi artystycznej. Jak wyglądało tworzenie własnej ścieżki w Twoim przypadku? Jakie były na niej ważne punkty czy też etapy, poczynając od lat najwcześniejszych?

Wszystko zaczęło się w domu. Tato był skrzypkiem, a siostry śpiewały. Punkt wyjściowy jest właśnie tam – w domu. Było nas ośmioro, więc bardzo dużo. Ja jestem najmłodsza. To było normalne, że przez całe życie – że tak powiem – cygańskie, w dobrym aspekcie, słyszało się śpiew. Później szłam wieloma drogami – bardzo długimi, krętymi… Do dzisiaj idę, bo droga się nie kończy, aż do ostatniego oddechu. W trakcie podążania tymi ścieżkami zaczęłam się rozwijać i odkrywać. Nigdy nie miałam konceptu, że jako artystka idę w konkretnym, wcześniej wyznaczonym kierunku. Od zawsze miałam ogromną potrzebę poznawania i przetwarzania świata. Jako dzieci nie mamy tej świadomości, którą nabywają dorośli. Jako dzieci jesteśmy pure, jesteśmy czyści, więc to, co odbieramy, co nas otacza, też jest bardzo czyste. Nie oceniamy. Później ogromną rolę w moim życiu odegrał Kraków. Urodziłam się we Wrocławiu i jak tylko skończyłam szkołę – fotograficzną zresztą – to natychmiast wyruszyłam do Krakowa. Żyłam tam 22 lata i nadal jestem z tym miastem związana, nie straciłam kontaktu z moją ziemią. Jest to dla mnie bardzo ważne. W Krakowie wiele się wydarzyło. To były inne czasy. Kraków zawsze był artystyczny. Tu mieszkały i tworzyły wielkie osobowości. Tym wszystkim się oddychało. Bywałam w różnych miejscach, np. w Krzysztoforach – pracowałam tam, poznawałam ludzi… Byłam otoczona artystami. Oczywiście bycie artystą kiedyś miało zupełnie inny wymiar. Problemy były zawsze, jesteśmy ludźmi, ale żyć było łatwiej. Ludzie się spotykali. A jeśli chodzi o malarstwo, to miałam kiedyś narzeczonego – był bardzo ładny, jak anioł. Pewnego razu przyniósł mi farby i pędzle. Powiedział: „Bogusiu, namaluj coś”. To był wielki akt miłości. Zawsze coś rysowałam, a wynikało to z dużej potrzeby przetwarzania rzeczywistości, światów, w których żyję. I tak jest do dziś.

A jak to było z tańcem i teatrem?

W moim rodzinnym domu tańczono, dlatego w naturalny sposób ciągnęło mnie do tańca. Oczywiście musiałam się cały czas rozwijać, szukać, czytać, interesować się, ale to była przyjemność. Później zaczęłam działać również w innych dziedzinach: w teatrze, w performansie… To były narzędzia, dzięki którym otwierały się kolejne drzwi. Pojawiła się świadomość. W Krakowie zagrałam w Katarzy w Teatrze Bückleina w Krakowie. Wystąpiłam też w teatrze cieni, czyli w Papuszy Pawła Buszewicza. Był to wspaniały spektakl zorganizowany w kolaboracji z Dagmarą Żabską. Jego akcja działa się na ogromnym ekranie, na którym pojawiły się dwa cienie. Drugi plan był na żywo. Właściwie byłam tam tylko ja, co stanowiło dla mnie bardzo duże wyzwanie artystyczne i osobiste. Wydarzyło się wiele rzeczy… Kocham teatr. Miałam epizody w filmie. Wystąpiłam m.in. w Rojście. Nie da się wszystkiego teraz opowiedzieć. W tym wszystkim ważne jest jednak twoje widzenie świata, twoja percepcja. Jedni widzą szklankę do połowy pustą, a inni do połowy pełną. Ja mogę powiedzieć, że widzę coś, czego ty w ogóle nie widzisz. Jest to bardzo indywidualne.

To jest bardzo ciekawe: istnieje jakiś początek, czyli punkt, z którego ruszasz, pojawia się kwestia przeznaczenia, ale i wolności wyboru przy podejmowaniu decyzji, co robić dalej…

Działam w różnych dziedzinach. Myślę, że zostałam obdarzona talentami. Ale nic samo nie przychodzi. Możesz się urodzić z talentem, ale jeśli go nie rozwijasz, nie pracujesz,
to stajesz w miejscu. Sztuka zaczyna się od życia. To jest podstawa.

Jak wygląda proces tworzenia? Każda dziedzina wymaga innego przygotowania i warunków. Malarstwo jest na przykład czymś bardziej intymnym…

Dokładnie tak jest. Malarstwo potrzebuje tej wyciszonej części mnie. Flamenco innej – tej, w której krew krąży, pulsuje… Malarstwo rzeczywiście potrzebuje odosobnienia, dużo papierosów, patrzenia w dal i spojrzenia na białe płótno.

Chciałabym Cię teraz zapytać o kulturę romską.Co należy rozumieć pod tym pojęciem i co znaczy dla Ciebie?

Dla mnie Romowie to moja rasa, moja krew. Romowie zawsze byli bardzo inteligentni. Żeby przeżyć, potrafili się asymilować, przystosowywać do otaczającej rzeczywistości. Nawet po to, żeby trzy razy dziennie zjeść ciepłą zupę, musieli nieźle kombinować. I zawsze byli mniejszością. A jeśli chodzi o kulturę, to dla mnie to jest życie. Taniec, śpiew, folklor, stroje, kolczyki – to jest stereotyp dotyczący romskiej kultury. Stereotyp o romantycznym Cyganie.

Czy to jest Twoim zdaniem wciąż powszechny, choć jednocześnie niepełny obraz Romów?Nie wiem, czy wciąż jest powszechny. Mówi się, że nie zna się Romów. Ale jeśli przejedziesz przez Polskę i popytasz w różnych powiatach, to każdy ma jakieś wspomnienia związane z Romami. Myślę tu o pewnej generacji, pewnym pokoleniu. Usłyszałabyś, jak ludzie mówią: „A, tak, pamiętam, jak Cyganie przyjeżdżali”! Wszyscy na nich czekali, bo z nimi przychodziło światło i życie. To są dobre wspomnienia. Oczekiwało się ich, jak oczekuje się wiosny, lata, jesieni i zimy. Oczywiście później pojawiły się stereotypy, że Cygan jest brudny, zły i kradnie. Ale dla mnie to jest bardzo odległe. Romowie awansowali, a podejście do Romów zmieniło się na lepsze. Różnice między ludźmi się zacierają. To jest inny poziom. Romowie studiują, pracują, zdobywają zawody… Wszystko się bardzo rozwinęło, więc sytuacja jest zupełnie inna.

Dzisiaj dużo mówi się o tożsamości, o przywiązaniu do tego, co wynosimy z domu. Ludzie mają potrzebę szukania swoich korzeni. Z drugiej strony głoszona jest idea konieczności otwarcia na świat, co faktycznie zaciera pewne granice. Tworzy się nowa kultura. Czy to są siły, które się ze sobą kłócą? Jak Twoim zdaniem to wygląda – ogólnie i na gruncie sztuki?

Ja myślę, że dobrze by było, gdyby te dwa elementy się równoważyły. Dlatego, że przeszłość i tożsamość są bardzo ważne. Musisz wiedzieć, skąd jesteś i kim jesteś. „Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?” – każdy to słyszał. I, jak mówisz, obecnie różnice się zacierają, pojawia się nowe, ale dobrze by było, gdyby w tym była równowaga. Każda osoba potrzebuje zrobić taki resumen swojej przeszłości, bo nie wszystko było w niej dobre. Nawet w rodzinie. Posiadamy zarówno światła, jak i cienie, które smużą się za nami przez całe życie. Czasami pytamy siebie: „Dlaczego reaguję tak, a nie inaczej”? Okazuje się, że chodzi o sytuacje sprzed lat, które w nas zostały. Reagujemy mechanicznie i często nie zastanawiamy się dlaczego, choć wcale nie jest nam z tym dobrze. Musimy więc wrócić do tego, co było i zadać sobie to pytanie. Wtedy przychodzi odpowiedź i zrozumienie. I idziesz dalej, do przodu. Tak jesteśmy w stanie znaleźć nowy sposób na życie i osiągnąć równowagę.

To, jak mi się wydaje, łączy się z tym, co powiedziałaś kiedyś podczas jednej z rozmów: że w Tobie kumulują się Twoi przodkowie, że nie jesteś tylko jedną osobą, ale nosisz w sobie też te przeszłe pokolenia…

Tak, jestem wieloma osobami. Jestem moją babcią, ciocią i jeszcze innymi członkami mojej rodziny.

A czy historia Twojej rodziny była Ci od dziecka wpajana czy pojawił się moment, że musiałaś się w nią sama zagłębić, szukać, bo pojawiły się niedopowiedzenia, a Twoje zainteresowanie tym tematem było coraz większe?

Z wiekiem coraz bardziej chce się wiedzieć. Bo trzeba wyczyścić te wszystkie rzeczy, w innym wypadku one nie zostawią Cię w spokoju. Każda rodzina ma swoje sekrety, swoje niedopowiedzenia. Jedni członkowie rodziny pamiętali, inni nie pamiętali. Jedni chcieli powiedzieć, a inni nie. Trzeba to samemu rozwikłać, mieć autorefleksję i być świadomym, gdzie żyjesz, co robisz, jak się kontaktujesz z ludźmi. To jest sztuka. Dlatego wszystko
zaczyna się od życia, a nie od konceptu pt. „Ja jestem artystą”.

A jak widzisz swoją misję jako artystka?

Ja, moja droga, chcę dać światu to, co najlepsze. To, co przeżyłam i to, co mam. Żeby było więcej kolorów. Jesteśmy ludźmi, życie nie jest łatwe, ale trzeba iść dalej i dawać, co masz najlepsze. Dzielić się. Możesz mieszkać w pięknym miejscu, każdego dnia w swoim ogrodzie obserwować zachód słońca, ale jeśli nie możesz tego z kimś dzielić, to pojawia się pustka.

Odpowiadasz w ten sposób już na moje kolejne pytaniem o to, co chcesz przekazać ludziom, którzy przychodzą do Ciebie na zajęcia, bo prowadzisz też warsztaty…

Kiedyś organizowałam ich więcej. Zależało mi zawsze, żeby ludzie poprzez ciało, taniec i rytm odkrywali siebie. Chciałam być z nimi w super kontakcie. Dać moment oderwania się od rzeczywistości do swoich marzeń. Ludzie mają dużo blokad. Kiedy zaczynałam uczyć, to przychodziły do mnie różne kobiety. Jedna z nich zadzwoniła do mnie i powiedziała, że ma 40 lat, pracowała jako adwokat. Obawiała się, że może jest już za stara, żeby wziąć udział w warsztatach. Odpowiedziałam, że absolutnie nie, bo jeśli chodzi o flamenco, to im więcej lat, tym lepiej. Po roku uczestniczenia w zajęciach to była zupełnie inna osoba. Wiele osób myśli, że flamenco to tylko rytm, pasja itd. To taki sam stereotyp, jak w przypadku Romów. Flamenco to coś bardzo ludzkiego i głębokiego. Znacznie głębszego niż jedynie piękna sukienka i ogień w tańcu.

Myślę, że gdybym przyszła do Ciebie na zajęcia, to wychwyciłabyś wiele blokad…

Wiesz, to jest praca nad samym sobą. Możesz pracować na różne sposoby. Możesz pisać, możesz rozmawiać ze mną, z tysiącami innych ludzi. Jest wiele form. Możesz być fryzjerką, kimkolwiek zechcesz. I to jest cała sztuka: żebyś bez względu na to, co robisz i kim jesteś, potrafiła żyć, komunikować się, otwierać drzwi.

Zostańmy jeszcze chwilę w temacie kobiecości. Uczestniczkami Twoich zajęć były chyba głównie kobiety? Czego kobiety dzisiaj potrzebują?

W większości były to kobiety. Choć zdarzali się też mężczyźni i bardzo mi się to podobało. Przełamanie barier zawsze dużo ich kosztowało. Ale wiem, że wielu bardzo lubi tańczyć.
Moim zdaniem w tych czasach dominują kobiety. Czego one potrzebują? Dużo miłości. Do dzieci, do męża, mamy, babci… Miłości w bardzo szerokim rozumieniu. Miłość nie jest uczuciem tylko do jednej osoby. Gdy się mówi o miłości, to ludzie najczęściej wyobrażają sobie, że chodzi o partnera. A miłość to czułość, forma kontaktu z drugą istotą. W tym szumie informacji, w tym biegu, gdzie wszystko dzieje się szybko, ludzie o tym zapominają. Nie dlatego, że tego nie potrzebują, że nie marzą o tym, ale dlatego, że świat ich odciąga od tego, co naprawdę ich tworzy i daje im oddech, co jest najważniejsze w życiu.

A jakie masz plany na najbliższy czas?

W najbliższą sobotę [koncert odbył się 2 listopada br. – przyp. red.] odbędzie się koncert w bardzo emblematycznym miejscu w Grenadzie, w Eshavira Club. Czekają mnie różne projekty. Może ponownie polecę do Los Angeles. Maluję. Przy współudziale innych artystów zrobiłam niedawno spektakl, który miał premierę w Alchemii w Krakowie. Nosi tytuł Quantum Experience. Chciałabym go powtórzyć. Jeśli myślimy o połączeniu różnych dyscyplin, to właśnie w nim wszystko zunifikowałam, wykorzystując całe moje doświadczenie artystyczne. Pojawiły się tam też elementy współczesne, np. efekty multimedialne. Pod koniec stycznia albo na początku lutego może pojawię się w Mińsku Mazowieckim. Jestem w trakcie rozmów na ten temat, nie jest to jeszcze do końca ustalone. Chodzi o sztukę teatralną, którą stworzyłam z Cristo Osorio, wielkim artystą i wielkim człowiekiem. Mińsk Mazowiecki to jest takie moje miejsce, w którym czuję się jak w domu, gdzie docenia się moją sztukę. Byłam tam wiele razy. Chciałabym przede wszystkim zrobić coś dobrego dla świata. Ważne jest, żeby nie myśleć o sobie.

Rozmawiała: Justyna Żarczyńska


Fot. prywatne archiwum artystki


“Poprzez dym” Bogumiła Delimata/Cristo Osorio

Dofinansowano ze środków KPO. GRANTY 2024. A2.5.1: Programu wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju.