
Muzyka, w której wyrosłem…
Często towarzyszy mi pytanie, kiedy to wszystko się zaczęło?
Nie ma konkretnej daty narodzenia się muzyki we mnie. Tak naprawdę ona urodziła się wraz ze mną. Muzyka mojej rodziny, moich rodziców, wujków, kuzynów i braci otacza mnie od dziecka.
Muzyka moich przodków, którzy wędrowali po świecie w poszukiwaniu szczęścia i chleba.
Jak odnajdowali wspomniane szczęście?
Leśni ludzi, jak sami siebie nazywamy, potrafią dostrzegać najmniejsze aspekty piękna i radości tylko nam dobrze znane. To intuicja, którą nabyli podczas niekończącej się wędrówki, często wokół miejsc i dobrych ludzi. Dobrych ludzi, którzy dawali im zrozumienie i serce, ponieważ doskonale znali smak upragnionego chleba. Potrafili znajdować szczęście w tym co dostali, w darze dnia codziennego i dostrzegać radości, które skrupulatnie zbierali jak okruszki do koszyczka szczęścia.
Piękno tego świata i przyrody zawsze było ich niekończącym się natchnieniem i inspiracją. Lasy pełne szeptów tylko im znanych, poranne rosy, które obmywały stopy rozbieganych dzieci, pełnych radości, bo słońce już wstało. To nic, że były głodne, ale z nadzieją w sercu wypatrywały powrotu mamy i babci, które już o świcie na wieś poszły po prośbie, na wróżby, aby przynieść przysłowiową pajdę chleba.
Piękne konie, wozy, pierzyny, bat, kapelusz i wspólne biesiadowanie, to wszystko odnajdujemy w piosenkach, tańcu i opowieściach przy ogniu.
Leśni ludzie potrafią wyśpiewać wszystko – miłość, piękno, ból, łzy, radość i strach. Innymi słowy wszystkie te emocje, które towarzyszyły im każdego dnia od świtu do zachodu słońca. Tak właśnie potrafią opowiadać o życiu, o troskach, kłopotach, o radości bycia razem, marzeniach o świecie, gdzie nie ma łez, gdzie ludzie są wolni od trosk.
Filozofia Romów jest pięknie prosta – ważne jest Dziś, to co jest tu i teraz. Nikt nie zna tak naprawdę jutra, co następny dzień przyniesie. Ale dopóki słońce budzi dzień, jest nadzieja na kolejne lepsze jutro.
Romowie rodzą się, żyją i umierają w przepięknym, wyjątkowym świecie magicznych, muzycznych opowieści o życiu. Fenomenem naszej kultury i tradycji jest to, że jest ona przekazywana z pokolenia na pokolenie, można powiedzieć bezwiednie – nikt się nad tym szczególnie nie zastanawia i nie rozwodzi. To się po prostu dzieje – bo liczy się tu i teraz.
Koloryt świata muzyki romskiej obfituje w różnorodność barw wynikającą chociażby z miejsc, w których ona się rodzi i skąd płynie.
Biorąc pod uwagę muzykę polskich Romów już warto wskazać różnicę między południem, północą, wschodem, a centralną Polską.
Romowie w górach grają muzykę z naleciałościami nut węgierskich i rumuńskich. To w sumie naturalne, bo stamtąd przyszli, wzrastali w tej kulturze. Grając dla zarobku, dla gadziów (nie Romów) często słychać tam węgierskie czardasze, czy muzykę rumuńskich lawutari (skrzypiec).
Oczywiście Romowie z południa mają również swoją muzykę etniczną, która zupełnie różni się od tej , którą grają na zewnątrz, dla zarobku. Nawet instrumenty, które wykorzystują w swojej muzyce są zaskakująco różne. Na przykład gliniane naczynia, kanki czy garnki wykorzystywane jako instrumenty perkusyjne. To muzyka charakteryzująca się specyficznym rytmem i wokalizą. Taką muzykę grają dla siebie, czyniąc to naprawdę porywająco perfekcyjnie.
Północ i zachód w brzmieniu romskim, to już muzyka nacechowana nutą polską, czyli niezwykle śpiewne skrzypce i harfy oraz melodyjne akordeony, czy łatwo wpadające w ucho gitary, jakże charakterystyczne dla polskich Romów.
Jeśli natomiast chodzi o ścianę wschodnią, trudno tu pominąć aspekt historyczny, który miał ogromny wpływ na charakter twórczości Romów ze wschodu. To już zupełnie inna składnia muzyczna, inny taniec („serbianka”, „mołdawianka” ) i inne romanse i opowieści. Różnice te wynikają bezpośrednio ze wspomnianego aspektu historycznego, a konkretnie ze zmiany granic państwa Polskiego. Można powiedzieć, że nasi romscy przodkowie zawsze wędrowali, by żyć po prostu w Polsce i tym samym przynieśli ze sobą cały muzyczny dorobek innych krain, innych kultur.
Centrum Polski to już naprawdę kolorowy muzyczny warsztat Romów. Mamy tutaj wszystkie gatunki naszego dziedzictwa. Znajdujemy tutaj zespoły folklorystyczne, w których zaangażowani są najlepsi ludzie muzyki, pieśni i tańca z całej Polski. Dlatego tak łatwo odnajdujemy tutaj nutki muzykowania z południa, czyli wspomniane instrumenty smyczkowe i cymbały, niejednokrotnie w znakomitym towarzystwie akordeonu, harfy i gitary, które z kolei są tak charakterystyczne dla zachodu i północy, a to wszystko pięknie ubrane w nutę wschodnich opowieści, tańca i romansów.
Nie sposób wymienić wszystkie zespoły i grupy muzyczne, ale zespołu Roma oraz wspaniałej solistki – Randii, nie można pominąć. To z całą pewnością wizytówka, inspiracja i absolutny fundament romskich muzyków. Ich twórczość miała i ma ogromny wpływ na rozwój muzyki Romów centralnej Polski.
Trudno też nie wspomnieć o Romach, którzy uprawili muzykę zarobkowo, grając na ulicach, w restauracjach czy weselach. Nie jest tajemnicą, że oczywiście największe możliwości pracy dla wspomnianej grupy dawały duże miasta centralnej Polski.
Ja urodziłem się w centralnej Polsce. Urodziłem się i wychowywałem. Wychowywałem, właśnie w tym znakomitym nurcie fenomenalnego miksu, można powiedzieć z czterech stron świata, ale równocześnie nurtu, który łączy wszystkich Romów Polski i całego świata, to znaczy twórczości opartej na przekazywaniu najprawdziwszych emocji i uczuć płynących z głębi naszych dusz i serca.
Miałem to szczęście, że wychowywałem się w prawdziwej romskiej rodzinie, gdzie tradycja, kultura i muzyka tworzyły jedną nierozerwalną całość. Moja miłość do muzyki obudziła się bardzo szybko i niepostrzeżenie. To było właściwie moje naturalne środowisko. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy zobaczyłem mojego kuzyna Mariana grającego na gitarze. Jego cieniutkie paluszki wygrywały melodie, tak dobrze mi znane. Nie pamiętam jaki to był utwór, ale jego wykonanie tak mocno chwyciło mnie za serce, że do dziś pamiętam akordy. Miałem wówczas niespełna dziewięć lat, a Marian? To może wydawać się niewiarygodne, ale Marian jest o cztery lata ode mnie młodszy. Można powiedzieć, że naprawdę muzyka płynie w naszych żyłach. To wielki dar, którego Pan Bóg leśnym ludziom nie pożałował.
To był ten moment, ta jedna chwila. Byłem oszołomiony, też tak chciałem. To stało się moją jedyną myślą, obsesją, wręcz opętaniem… Wróciłem do domu, opowiedziałem mamie o tym co się wydarzyło. Moja najukochańsza mamusia w tajemnicy przed całym światem, nazajutrz kupiła mi gitarę. Niepohamowana dziecięca radość i przeogromne zdziwienie, że dostałem moją pierwszą w życiu gitarę były tak wielkie, że dziś mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to był najpiękniejszy dzień mojego życie. Najpiękniejszy dzień dziewięciolatka, dla którego nie było już żadnych przeszkód. Mogłem już wszystko!!! Pamiętam, jakie targały mną mocne i niepowtarzalne emocje. I tak właśnie zaczęła się moja przygoda, nauka i życie z gitarą.
Moja nauka gry na gitarze, to nieustające chodzenie i podglądnie starszych kuzynów i wujków. Niejednokrotnie przeganiali mnie. Mieli mnie po prostu dość, bo nieustannie chciałem uczyć się czegoś nowego, odkrywać nowe akordy, rytmy, melodie.
Gitara stała się moją miłością, a muzyka pasją. Tak powoli, a zarazem bardzo szybko stała się nierozłączną częścią mnie.
To, jaką muzykę tworzę, gram, kocham i cenię, to konsekwencja wychowania w rodzinie hołdującej starym tradycjom i zasadom, których istotną częścią jest muzyka. W rodzinie, gdzie obyczaje i tradycje to sacrum. Poproszony, na przykład przez wuja, przy stole, by zagrać czy zaśpiewać, należało wszystkim starszym podziękować za wyróżnienie. To właśnie cały zbiór zachowań, etykiety przy stole, gdzie szacunek dla starszych jest kluczowy – ojciec, matka, dziadek, babcia, wujkowie i ciotki. Szacunek jest równie istotny, jak hierarchia. Cały korowód zachowań, całowanie w rękę starszyzny (zarówno mężczyzn jak i kobiet) oraz pozdrawianie całej reszty biesiadników. To oczywiście uczy szacunku i pokory, a przede wszystkim jest wspaniałą lekcją i świadectwem dla młodych i dzieci.
I właśnie wspólne rodzinne biesiadowanie, tak bezbłędnie i intuicyjnie uczy nas doboru repertuaru. To Rodzina właśnie jest naszym pierwszym krytykiem i recenzentem. To tu, w domu możemy sobie pozwolić na błędy, by później bezbłędnie zabierać naszą publiczność na drugą stronę. Publiczność ma wiele oczekiwań, a my ludzie lasu intuicyjnie i bezbłędnie potrafimy te oczekiwania odczytywać. Inną muzykę gramy za dnia, a inną w nocy, inną kiedy ludzie chcą zapomnieć się w tańcu, a jeszcze inną, kiedy ludzie chcą brać czynny udział i bawić się z nami również śpiewając, a jeszcze inną kiedy ludzie płyną z muzyką w marzeniach, co powoduje niewyobrażalne wzruszenia, które pozwalają uwolnić uwięzione w nas emocje.
Tak wyglądało moje dzieciństwo – dorastanie pośród tradycji i muzyki. Później przyszły czasy buntu – rock, blues, ale moja romska dusza nie pozwalała grać mi inaczej. Grając bluesa w mojej pierwszej szkolnej grupie Gipsy Company, zawsze górę brała romska natura.
Pamiętam czasy szkoły średniej i ogromną fascynację, ciekawość, oraz wręcz dumę moich nauczycieli, którzy tak pięknie pozwalali mi propagować muzykę, którą kocham. Z ogromnym wzruszeniem wspominam dziś Panią Profesor języka polskiego, która zaprosiła mnie na występ do maturalnej klasy, aby przedstawić maturzystom kolegę z pierwszej klasy, który gra i śpiewa muzykę zupełnie inną od muzyki wówczas popularnej i dostępnej. Po wykonaniu pierwszego utworu Pani Profesor spytała o czym śpiewałem, ponieważ muzyka i emocje zostały zrozumiane, ale słowa w języku romskim już nie. Od tamtej chwili zrozumiałem, że dla słuchacza bardzo istotny jest komentarz słowny, ale również dla mnie samego, ponieważ pozwala dogłębnie dotrzeć do wrażliwości słuchacza. To wielka nauka, którą dał mi świat zewnętrzny, a której nie dostałem w domu, ponieważ tam, przy rodzinnym stole, wszyscy się rozumieją, można rzec, bez słów.
Moja dotychczasowa droga, tak jak już wspominiałem, bardzo długo była podglądaniem, wzorowaniem się i nieustannym czerpaniem od innych, ale przede wszystkim było to SZUKANIE i szukanie, i szukanie, i szukanie samego siebie, swojego wewnętrznego głosu i brzmienia. Wreszcie przyszedł ten czas, ten dzień, kiedy zacząłem, to zupełnie inaczej rozumieć. Zacząłem grać własne interpretacje i wreszcie tworzyć moją własną muzykę.
Tworzenie własnej muzyki jest żywe, czasami nieprzewidywalne i bardzo mocno połączone z inspiracją. Największą inspiracją dla mnie jest oczywiście życie. Jego blaski, cienie, jego przeżywanie i smak. Pięknie potrafi mnie również inspirować harmonia dźwięku, która otacza mnie zewsząd, czasem światło, bądź pomieszczenie pełne magicznej akustyki, publiczność, którą zabieram ze sobą, uwodząc samego siebie. Wówczas dzieje się ta magia, zapalam tysiącem ogni oczy – okna duszy. Emocje, które przepełniają nie tylko mnie, ale także tych wszystkich, którzy uczestniczą w tym spektaklu, prawda, która porusza najczulsze struny wrażliwości udziela się innym. To pozwala uwolnić się, stać się częścią muzyki.
Czy tego można się nauczyć? Czy to zawsze jest takie magiczne?
Otóż nie. Można perfekcyjnie wykonywać muzykę, czytać doskonale nuty. Będzie to piękna muzyka, ale nie będzie posiadać tego czegoś nieokreślonego. Tego co dane jest z nieba. I tu ciekawostka – za każdym razem może to być coś innego. Ten sam utwór, który żyje na scenie, zmienia się z powodu różnych inspiracji. Tym się różnią prawdziwi artyści, nawet tacy, tylko z zamiłowania, od muzyków pięknie wykonujących swój zawód.
Słuchacze, publiczność, każdy z nas chce prawdy. To prawda nas urzeka. Kiedy na scenie czuję, jak pomiędzy mną, a publicznością pojawia się więź. To piękny znak. Znamię prawdziwych emocji.
Muzyka, która mnie definiuje, to romanse i ballady. To trudny gatunek muzyczny, w którym przede wszystkim grają niepowtarzalne emocje. To mariaż muzyki i słowa. Przepiękne, nieoczekiwane porównania. To coś co potrafi wycisnąć łzę wzruszenia. Romanse to sztuka przekazywania prostych treści. Odkrywanie prawd oczywistych. To wszystko razem – zmusza do refleksji, spojrzenia w głąb siebie. Dlatego romanse są tak bliskie memu sercu. Muzyka, którą tworzę, to pewnego rodzaju ekshibicjonizm, obnażanie swojej duszy, wnętrza, własnej wrażliwości.
Popełnianie przeze mnie utworów w starych, wręcz archaicznych formach, to moja misja. Ocalić od zapomnienia to wszystko, co w kulturze i muzyce romskiej jest najważniejsze – prawda emocji, pięknych, poetyckich tekstów, sposobów muzykowania używając do tego tradycyjnych instrumentów. Tworzenie tych nowych-starych utworów, które przychodzą do mnie, nie wiedzieć skąd. Kiedy dźwięk rodzi dźwięk, i następny, i kolejny. Podążając za nimi, tworzę harmonię, odnajdując pierwotną radość.
Spełnieniem muzyka jest odnalezienie samego siebie, odnalezienie swojego brzmienia, które będzie tylko jemu przypisane. To ważne by usłyszeć swój wewnętrzny głos. Brzmienie, to zrozumienie istoty muzyki. Kiedy spotykamy artystów, którzy porywają publiczność, zabierając ich ze sobą, przekazują im te wszystkie magiczne emocje.
Jan Wiśniewski